Not a member yet? Why not Sign up today
Create an account  

Thread Rating:
  • 0 Vote(s) - 0 Average
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Niedziela, która pachniała drożdżówkami

#1
Mam własną piekarnię. Małą, taką na osiedlu, gdzie każdy zna moje imię, a ja znam, kto lubi chleb na zakwasie, a kto tylko kajzerki. Praca zaczyna się u mnie o trzeciej nad ranem, więc całe moje życie jest podporządkowane rytmowi ciasta i pieca. Jak ktoś mówi mi, że ma „weekend"", to ja mu mówię, że mój weekend kończy się w środę po południu. Ale wiecie co? Ta monotonia ma swój urok. Aż do pewnej niedzieli, która wywróciła do góry nogami moje wyobrażenie o własnym mózgu.

W niedzielę akurat nie piekłem, bo mamy wolne. Żona pojechała do siostry, dzieciaki u dziadków. Zostałem sam w domu z filiżanką kawy i takim dziwnym, nieznanym uczuciem, że nie muszę nigdzie lecieć. Myślałem, że się prześpię, ale jak człowiek od lat wstaje o świcie, to nawet w wolnym dniu budzi się z kurami. I ta cisza w domu... Siedziałem, przeglądałem telefon bez celu, klikałem w przypadkowe rzeczy. Znajomy z branży, który przywozi mi mąkę, czasem wspominał, że wieczorami lubi zagrać w karty na telefonie, żeby „odmóżdżyć się"" po pracy. Śmiałem się z niego, bo mówiłem, że wystarczy patrzeć, jak rośnie ciasto, żeby zobaczyć magię.

Ale tej niedzieli, gdy za oknem padał deszcz, a w domu był taki bajzel po remoncie, że bałem się spojrzeć w kąt salonu, jakoś tak samo wyszło, że trafiłem na stronę. Pomyślałem: a czemu nie? Napięcie związane z moją pracą jest sporę, ale to nie jest ten rodzaj ryzyka. Ryzyko w piekarni to takie, że ktoś zapomni włączyć timer i spali nam całą partię croissantów. A tu? Zwykłe zakłady, jakieś automaty w telefonie, taka zabawa na kilka złotych. Tak pierwszy raz trafiłem na stronę vavada casino online. Nie spodziewałem się niczego wielkiego, ot, miało być pięć minut na zabicie nudy.

Zarejestrowałem się automatycznie, jak to się mówi „z rozpędu"". Myślałem, że to będzie takie głupie machanie palcem w ekran, jak w te wszystkie kolorowe gierki, w które grają dzieci. Ale to było zupełnie co innego. Usiadłem wygodnie w fotelu, a po godzinie odkryłem, że nadal tam jestem, z kubkiem zimnej kawy w ręku. Nie chodziło nawet o pieniądze. Chodziło o to dziwne uczucie, że kompletnie nie mam wpływu na to, co się zaraz stanie. W moim zawodzie wszystko musi być zaplanowane co do minuty: temperatura, wilgotność, czas wyrastania. A tutaj? Tutaj wystarczy kliknąć i czekać. I to czekanie, ten dreszcz niepewności... Dawno nie czułem czegoś takiego.

Pamiętam pierwszą większą wygraną. Nie była to fortuna, jakieś trzysta złotych. Ale dla człowieka, który liczy każdy grosz wydany na masło i cukier, to była abstrakcja. Obudziłem wtedy żonę o drugiej w nocy (przepraszam, kochanie!) i pokazałem jej ekran. Myślała, że zwarzyłem, ale potem spojrzała na saldo i tylko mruknęła: „Tylko nie zacznij grać w godzinach pracy"". I może to było najlepsze, co mi mogła powiedzieć, bo od razu sprowadziła mnie na ziemię. Ta gra nie miała być moją drugą pracą, tylko wentylem bezpieczeństwa. Z czasem wypracowałem sobie pewien sposób. W każdą niedzielę po południu, kiedy dom jest pusty, a ja mam ochotę odpocząć od zapachu drożdży, włączam komputer, robię sobie dobrą kawę i loguję się na vavada casino online. To jest jak taka moja wirtualna spacerówka. Czasem wygram pięćdziesiąt złotych, a czasem przegram stówę. Ale najważniejsze, że wychodzę z tego nie z poczuciem straty, a z jakimś takim dziwnym spokojem.

Wiecie, w piekarni uczysz się cierpliwości. Ciasto musi wyrosnąć. Nie przyspieszysz tego krzykiem ani łzami. I z hazardem jest podobnie, tylko w odwrotną stronę. Nie chodzi o to, żeby gonić za wygraną. Ja to traktuje jak taką lekcję pokory. Los potrafi być równie kapryśny jak temperatura w piecu chlebowym. I ta świadomość, że nie wszystko mam pod kontrolą, dziwnie mnie uspokaja. Kiedyś wściekałem się, jeśli coś nie wyszło w pracy. Teraz? Wzruszam ramionami i mówię: „Trudno. Następna partia będzie lepsza"". To myślenie przeniosłem z gry do codzienności.

Grając, poznałem też kilku ludzi na czacie. Facet z Gdańska, który prowadzi warsztat samochodowy, opowiadał mi, że traktuje to jak towarzyskie spotkanie, bo w tygodniu nie ma czasu na piwo ze znajomymi. Inna kobieta, emerytowana nauczycielka matematyki, obliczała sobie prawdopodobieństwa w głowie. I pomyślałem sobie, że jednak każdy z nas potrzebuje odrobiny szaleństwa, żeby docenić to, co stabilne. Ja w poniedziałek o trzeciej nad ranem znowu będę zagniatał ciasto i życie wróci do normy. Ale wspomnienie tej niedzielnej rozgrywki, tego wewnętrznego dreszczu, zostaje ze mną na cały tydzień. To takie moje małe święto chaosu pośród idealnie równych bochenków chleba.

Czy poleciłbym to każdemu? Nie wiem. To tak jak z ostrą papryką – nie dla każdego żołądka. Trzeba znać swój limit i wiedzieć, kiedy powiedzieć sobie „stop"". Ja nauczyłem się wyznaczać sobie budżet, ale ważniejsze jest to, że nauczyłem się wyznaczać sobie czas. Gra ma się kończyć wtedy, kiedy zaczynam myśleć o chlebie, a nie wtedy, kiedy kończą się pieniądze. Czasem się zastanawiam, czy to nie jest po prostu taka nowoczesna forma odpoczynku dla kogoś, kto ma głowę pełną liczb i przepisów. I chyba o to w tym wszystkim chodzi – o znalezienie swojego rytmu, nawet w takiej wirtualnej rzeczywistości. Najważniejsze, czego się nauczyłem? Że prawdziwe szczęście nie jest w wygranej, a w tym, że mam do czego wracać. Do mojej piekarni, do zapachu rano i do niedzielnej kawy, która może już zawsze będzie mi smakowała trochę jak hazard.
Reply



Forum Jump:


Users browsing this thread:
1 Guest(s)